(fem)życie i historie

(fem)życie i historie

Zemsta zmysłów

 Zmysł dotyku pierwszy dał znać o sobie. Leżałam w ciemności i nasłuchiwałam. Nie słyszałam nic i nic nie widziałam. – Moje oczy nie widziały, uszy nie słyszały. To było straszne. Byłam taka jakaś bezradna, zdana na czyjąś łaskę bądź niełaskę. Czasem jednak jakiś zmysł uwalniał się na chwilkę. Widziałem wtedy osoby kręcące się przy moim łóżku. Czasem udało mi się coś powiedzieć, lecz  nie zawsze to co chciałam, nie byłam przygotowana. Chwilami słyszałam rozmowy, albo muzykę, która grała w pokoju. Zrozumiałam, że muszę być sparaliżowana, ale tak jakoś nie  do końca – od czasu do czasu,  któryś ze  zmysłów się włączał, zadając mi  i mojej rodzinie jeszcze większy ból, ale też nadzieję na wyzdrowienie.I nagle przypomniałam sobie, przypomniałam sobie tego dziwnego człowieka. I zrozumiałam, że to nie jest zwykły paraliż, ale prawdopodobnie przekleństwo. –  Czy ta kara nie była za wysoka? Ja przecież tylko.. .-  Zdałam sobie sprawę z tego  co uczyniłam, zabierając dziecko temu jak mi się zdawało wówczas, pozbawionemu ludzkich uczuć i potrzeb człowiekowi. Przypomniałam sobie jego twarz – wyrażała niemal zwierzęcy grymas bólu pomieszanego ze zdziwieniem. Długo, oj długo w moich uszach tętnił ni to skowyt ni to krzyk tego człowieka. A jego oczy, wolałam o tym nie myśleć, wolałabym ich nie widzieć. Teraz nazywałam go człowiekiem, ale czy można żyć w takich okropnych warunkach i wychowywać jeszcze dziecko. Kto mi dał jednak prawo, żebym decydowała o jego losie. Losie dziecka i tego starego człowieka. Być może nie był jeszcze taki stary, ale wyglądał staro, zwłaszcza w tych swoich łachmanach. Powiedziano mi później, że powiesił się on w swojej chacie. Na ścianie tej chaty napisane były jakieś znaki. Starsi ludzie mówili, że to było przekleństwo. Przecież chciałam dobrze dla dziecka, chciałam  zapewnić mu właściwą opiekę. Dzieciak też wyrywał się, chciał wrócić do opiekuna ( ojca czy dziadka…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Zachowałam się jak trzeba – wspomnienie

  Kiedyś… kiedy skończą się sprawy na tej ziemi staną oni naprzeciw siebie… i trzeba będzie spojrzeć sobie w oczy.Jak ci, którzy zdradzali i donosili spojrzą w oczy orszakowi Męczenników?Ince, żołnierzom NSZ, poległym i pomordowanym żołnierzom AK?O Miłosierdziu Boskim naucza się teraz ponad wszystko.Niemodna stała się nauka o piekle.Ale ono jest bez względu na to jak ludzie wyeksponują Miłosierdzie. Życzę wiadomym osobnikom spojrzenia w twarz Anioła, który kiedyś był żołnierzem Polski Podziemnej.Życzę im spojrzenia Danuty Siedzikówny. Inki (1).  "W ubeckich piwnicach przestrzelone czaszki,To śpiący rycerze majora Łupaszki.Wieczna chwała zmarłym, hańba ich mordercom,Tętno Polski bije w przestrzelonych sercach"(2) "Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba” to były ostatnie pożegnalne słowa siedemnastoletniej Danuty Siedzikówny, ps. „Inka” zamordowanej przez komunistycznych oprawców w sierpniu 1946 roku w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej 12. Po blisko sześćdziesięciu latach Polacy poznali prawdę o tej pięknej postaci skazanej przez komunistów – tak jak inni żołnierze antykomunistycznego podziemia niepodległościowego – na zapomnienie" (3). Paradoksalnie dopiero w chwili śmierci odzyskała wolność, o której marzyła. Nim na dobre przebrzmiało echo salwy plutonu egzekucyjnego, nim ostatni ubecki pocisk zgasił światło Jej życia „już zastęp aniołów Ją otoczył, z Jej serca zniknęła wszelka śmierci trwoga, Królowa Polski zamknęła jej oczy, Jej wolną duszę zawiodła do Boga”. Sprawa „Inki” stała się głośna w całej Polsce dzięki licznym publikacjom pracowników gdańskiego IPN, artykułom w prasie i publikacjom w innych mediach (4). Znaczny udział w przypomnieniu postaci Danusi Siedzikówny miał też głośny spektakl „Inka 1946 – ja jedna zginę”. Prawda o tym haniebnym, skrzętnie ukrywanym przez komunistycznych oprawców mordzie na młodej sanitariuszce 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej wstrząsnęła opinią publiczną. Wielu młodych ludzi, po zapoznaniu się z życiorysem „Inki” być może po raz pierwszy w życiu zadało sobie pytanie, co jest tak naprawdę sensem ich istnienia oraz otrzymało…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Krakowiskie Legendy – Gość w dom Bóg w dom

 Pukał do drzwi możnych chłopów. Do chałup zasobnych i obszernych, lecz nikt nie chciał mu otworzyć. Ot, włóczęga, obcy, pewnie brudny. Przeciąg będzie, błota naniesie. Niech idzie dalej. Do sąsiada. Tam na pewno go przyjmą. Tak myśleli bogaci gospodarza, nie chcąc sobie czynić kłopotu. A zatem nieznajomy przemierzył tak całą wieś i w końcu, nie mając już prawie nadziei, zastukał do ostatniej, dość ubogiej i małej chatki, stojącej na skraju wsi. Drzwi otwarły się i młody mężczyzna zaprosił serdecznie wędrowca do środka domu. Wskazał miejsce przy kominie. Przeprosił również, że wieczerza nie za suta będzie. Ot, chleb razowy, kilka owoców, rzepa. A i żona synka właśnie powiła, więc czas szczególny w domu. Niemniej z serca gościć pragnie on, jako gospodarz, zdrożonego nieznajomego. Wędrowiec, na wieść o narodzinach syna chciał nawet wyruszyć dalej, by nie przeszkadzać rodzinie, lecz ubogi chłop nawet nie chciał o tym słyszeć. Także nasz gość, znużony wielce ostał w chacie. Posilił się, ogrzał ciepłem od pieca bijącym i usnął szybko. Rano gospodarz nie pozwolił mu opuścić chaty bez śniadania, a i na drogę dał kawałek chleba. Wędrowiec podziękował gorąco, a pomny wydarzeń ostatniej nocy, zapytał kogo na chrzciny prosić będzie i jakie imię synowi przeznaczył. Na to gospodarz rzekł, że imię to synowi nadać pragnie takie, jakie ma wędrowiec. Skoro i on i syn tej samej nocy w jego zawitali progi. A na chrzciny nie bardzo ma kogo prosić, bo on przecież chłop ubogi, a tu wokół sami majętni gospodarze. Gdzieżby ich śmiał zapraszać. A zatem nasz podróżny zapytał, czy on może być zaproszony i czy gospodarzowi nie będzie wstyd gdy on z żoną jutro przybędzie. Chłop ucieszył się wielce. Rzekł, że nawet konia i wóz pożyczy i pojadą do chrztu jak sam król… Nazajutrz koło południa wielkie poruszenie we wsi nastąpiło. Główną drogą wojska jadą. Zbroje…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Sen

 Miałem sen o pięknej kochającej istocie wołającej me imie.Na zielonej łące posród zapachu kwiatów byłaś ty i byłem jaTam spłynela na mnie wielka moc. Moc wielka jak szczyty gór Na zielonej łące pośród drzew byłem Ja i byłaś Ty! Na konarach drzewa przysiadł ptak.Nasze oczy spotkały się w dziwnym spojrzeniu nie mówiłaś nic, ale ja już wiedziałemże będe z Tobą do końca.Ścisnęłaś moją rękę i wskazałaś mi drogę, spojrzałem tam pełen strachu i niepokoju, niebyłem sam ! Na zielonej łące pośród drzew byłem Ja i byłaś Ty! Z konarów drzewa odleciał ptak.Objełaś mnie, szepnełaś mi kocham cię.Więc poszliśmy tam w promiennym brzasku w strone gwiazd – Nie byłem sam!  Ireneusz Opacki  

Czytaj...
(fem)życie i historie

Taniec postu z karnawałem

Jednak tym razem nie usłyszałam żadnych technicznych określeń. W zasadzie to usłyszałam bardzo niewiele. Nowy projekt i tyle.  Uff… – pomyślałam sobie. Bo choć lubiłam Zosię i lubiłam w ogóle pasjonatów, to już z dużo mniejszym entuzjazmem wysłuchiwałam szczegółowych rozważań na temat ich planów i osiągnięć…  Od słowa do słowa i powoli zaczynałam rozumieć przyczyny tej zmiany. Zosia dała się wkręcić w towarzyski wir spotkań. Zaczęła bywać, rozmawiać, roztrząsać, dyskutować, omawiać, indagować i czynić wiele rozmaitych kroków ku uczestnictwu w rozrywkach, które dotąd – trzeba to szczerze przyznać – pozostawały poza kręgiem jej zainteresowań.  Zosia opowiadała i promieniała. Kawa, spacer, sklep na rogu, ten z dużym szyldem. Autobus, który wozi na sobie tę śmieszną reklamę. Pomnik z łańcuchem, na którym mieszczą się tylko trzy gołębie. Właśnie trzy i ani jeden więcej. Zosia sprawdzała to wiele razy. Trzy i koniec. Tam jest taki rodzaj krzywizny… Gdyby to przeliczyć przy pomocy pewnego wzoru… Ale nie, tym razem Zosia nie wgłębiała się w szczegóły. Powiedziała tylko o „jakimś wzorze” i koniec. No, nie… Nie poznawałam jej…  Kiedy tak plotkowałyśmy sobie w najlepsze, w torebce Zosi zadzwonił telefon. Jeszcze nie, ale pracuję nad tym… muszę nanieść kilka poprawek… tak, tak, ale ten wzór mi do tego jakoś nie pasuje, myślałam raczej o… oczywiście… rozumiem, czas nagli… popracuję nad tym jeszcze dziś wieczorem… Ten telefon ugasił entuzjazm Zosi… Spowodował, że błysk w jej oczach zmatowiał, przestała gestykulować, a z jej twarzy zniknął uśmiech. Chodziło o ten projekt… Coś było z nim nie tak… Zosia po chwili wahania przyznała się w końcu. Nie miała serca do tego projektu. Nie szedł jej i tyle. I sama nie wiedziała dlaczego? Już wiele razy zabierała się za niego. I wczesnym rankiem i twórczą nocą, w słoneczny dzień albo w szarugę – wszystko na nic… Po prostu szło jej to topornie. Jak…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Krakowskie Legendy – Historia pewnej miłości

  Za króla Zygmunta Starego żył sobie waleczny rycerz Kmita. Pochodził on ze Śląska. Lecz jak to czasem bywa, na skutek licznych wojen, chorób i innych tragedii, ród jego podupadł…Wyruszył więc z domu szukać szczęścia. Wędrował po wielu krainach mniej i więcej chwalebnych, aż pewnego dnia dowiedział się, że w grodzie Kraków, na Wawelu odbędzie się turniej rycerski, na który zaprasza się wszystkich walecznych mężów…   Kmita postanowił wziąć udział w owych zawodach i skierował swe kroki do królewskiego miasta. Jednakże wygląd Kmity nie wzbudził zbytniego zaufania i entuzjazmu u marszałka Wolskiego, który przed turniejem przyjął wędrowca… Pochwalił on męstwo rycerza, lecz w wątpliwość poddał jego strój, ogólną prezencję i wartość oręża. Kmita jednak nie ustąpił, więc marszałek wobec tak stanowczej postawy skłonił głowę i dopuścił rycerza do walki.   Następnego dnia Kmita stanął w szranki na piaszczystym dziedzińcu wawelskiego zamku. Jednak choć turniej toczył się już od kilku godzin i coraz to nowi pokonani rycerze wycofywali się z walki, rękawica Kmity leżała na piasku nietknięta; nikt jej nie podejmował. Nikt nie chciał walczyć z ubogim rycerzem. Wstyd palił policzki młodzieńca. Zrozumiał teraz przed jakim wyzwaniem chciał go ochronić marszałek Wolski. Pojął też, że miedzy możnymi tego świata marną zajmuje pozycję…   W końcu marszałek czuwający nad przebiegiem zawodów kazał wypuścić dzikie zwierzęta, aby to w walce z nimi Kmita okazał swą waleczność i odwagę. Rycerz i jego rumak nie bali się krwiożerczych bestii. Kmita zwyciężył, choć koń jego padł rozszarpany a on sam odniósł rany głębokie… Honor jego rodu został jednak uszanowany.   Dzielnego, rannego rycerza przeniesiono do komnat zamkowych. Tam też pod czułą opieką jednej z dwórek królowej dochodził do zdrowia. Pielęgnowała go panna młoda i bardzo piękna, a przy tym zaprawdę czuła i troskliwa. Czuła opieka przerodziła się w czułe uczucie…   I tak rycerz wracał do…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Ekologiczny protest w obronie świstaka

Pozostało tylko wielkie pragnienie, żeby powtórzyć tę wspinaczkę. A gdyby i po raz drugi to nie wyszło? Trzeba by spróbować raz jeszcze… i jeszcze… i znów… Ile razy? Aż do skutku. Tylko po co to wszystko? Miałam kiedyś przyjaciółkę. Miała na imię Klaudia. Kiedy byłyśmy jeszcze dziećmi Klaudia opowiedziała mi swój sen. Przyśniła jej się bajka o złej czarownicy. Ta czarownica miała na imię Ludmiła. Klaudia była pasterką. Wypasała owieczki. Dzień był piękny, owieczki grzeczne. Cisza, spokój… Spojrzała w chmury… I wtedy zjawiła się ona…  Jak miło Cię widzieć, Pastereczko! Co słychać? Jakie piękne słońce! Spoglądasz w niebo, to dobrze… zrobiło się późno…  I odleciała. Niestety nie sama… porwała jej jedną owieczkę… A Klaudia? Cóż… dała się podejść i zaskoczyć…  Rok później grałyśmy w kulki. Piaszczysty dołek i pracowicie wygnieciona palcami piaszczysta ścieżka. Klaudia miała swoją ulubioną szklaną kulkę, która w słońcu mieniła się na różowo, a czasem nawet srebrzyście iskrzyła. Klaudia nosiła ją ze sobą, ale nigdy nie wystawiała jej do gry. To była taka jej maskotka, albo magiczny drobiazg, którego zadaniem jest cieszyć oko zbieracza. No więc słońce, piasek przesypujący się przez kolorowe sandałki… I wtedy przyszła Ela.  O, widzę, że gracie w kulki. Mogę się przyłączyć? Tylko na jedną grę, proszę… No, przecież nic wam nie zabiorę, pogramy sobie tylko… a co ty tam masz? Jaka piękna kulka! Zagramy o nią? Nie? A może tylko raz? Ja i tak zwykle przegrywam. Nie chcę ci jej zabrać. To przecież uczciwa propozycja. Zagrajmy o nią tylko raz! Spieszysz się? A więc zagrajmy od razu, zanim jeszcze pójdziesz. Nic się przecież nie stanie.  Ku mojemu zdziwieniu Klaudia w końcu się zgodziła. I oczywiście przegrała tę swoją magiczną kulkę… Ela odchodząc spojrzała na nas… Tak jakoś dziwnie… „To Ludmiła…” szepnęła do mnie Klaudia i wtedy ciarki przeszły mi po plecach. Klaudia jeszcze wiele…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Zabić świstaka?

  Słońce, schronisko u podnóża góry, szlak i wielki apetyt na przygodę.  Apetyty bywają różne: są tacy, którzy uwielbiają niespodzianki i tacy, których zachwycają spełniające się marzenia, a nawet plany. Ta opowieść jest o planach. A więc schronisko, kubek gorącej kawy przed wyprawą i myśli zawieszone nad mapą: najpierw zielonym, potem jakieś tysiąc metrów żółtym, przejście granią czerwonym, no i najtrudniejszy kawałek, ostra wspinaczka aż po upragniony szczyt. Pogoda wymarzona, można powiedzieć: idealna, więc… o, tak! Widoki będą przepyszne! Czas złożyć mapę, fusy wraz z kubkami umieścić pod tabliczką „Zwrot naczyń” i dać się ponieść. Ponieść…? E, nie… To nie ta historia… A więc czas złożyć mapę i zrobić pierwszy krok, potem drugi i trzeci. Wszystko jest przecież zaplanowane, pogoda idealna. Jeśli uda się utrzymać zamierzone tempo marszu szczyt zostanie zdobyty w samo południe. Jednak w połowie drogi słońce zmęczyło się i zaszło, kropelki mgły nabrzmiały i rozlały swoją wilgoć wokół kosówki i turystycznych zamierzeń. Krok za krokiem… Tysiąc dwudziesty trzeci… Bez planu, bez widoków…  Błąd był nieunikniony. Splątane myśli nie umieją kodować nawet prostych znaków. Białe, zielone, białe. Białe, żółte, białe. Białe… nie ma czerwonego szlaku! Późnym wieczorem udało się wrócić do schroniska. Bez spełnienia, o wiele za późno… Skotłowane myśli myślą się same: zimno, ciemno, porażka… i ta najważniejsza: pójdźmy tam jutro jeszcze raz! Inna historia mogła być taka: Sesja. Ostre kucie. Perfekcyjne przyswajanie wiedzy. Kawa. Systematycznie, dzień po dniu, godzina po godzinie. Strona za stroną, książka za książką. Kawa. Zdania, zwroty, słowa. Właściwa kolejność, logiczne wynikanie, gradacja. Kawa.  Wreszcie ten dzień. Korytarz, okno i drzwi, za którymi… Egzamin. Najpierw gładko: zdania, zwroty, słowa, potem właściwa kolejność, logiczne wynikanie i… zaledwie dobrze… Zabrakło… gradacji! Bez spełnienia… Zagonione myśli myślą się same: zwroty, słowa, GRADACJA! Przydałaby się poprawka… Jeszcze jedna opowieść: Biurko, komputer, mnóstwo spraw i papierów, a w głowie obsesyjna myśl o podwyżce. Gabinet szefa jest…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Moje malowanie

  – Komputerciu! – zawołałam. Dziś malujemy!  Włącz odpowiedni programik i uśmiechnęłam się do niego. Często uśmiechałam się, ni to do siebie ni to do jakiegoś obrazu, do komputera chociażby. Ten mój komputer mógł się zmieniać i często go zmieniałam. – Nie musiał być jakimś pudłem, mógł być np. pięknym mężczyzną, ptakiem itp. Ostatnio jednak wolałam go oglądać właśnie jako pudło – ładne, metalowe, ale pudło. Jak był mężczyzną, to za dużo sobie pozwalał. Stroił dziwne miny – a ja musiałam odgadywać – Co ma na myśli.- Dość , powiedziałam – basta – Będziesz pudłem i już!   Opowiem Wam jak wygląda moje malowanie – Tak jakbyście byli z XXI wieku. O wtedy, to trzeba było się natrudzić, trzymać pędzel i jakieś tam. Tak mówiłam,  ni to do siebie, ni to do ludzi, których już dawno nie było na świecie.   Stoję przy ogromnej ścianie lub przy niby ścianie, co tam stoję, mogę siedzieć, zawisnąć, latać i proszę komputer o namalowanie np. gór.  Nie, nie takiej wyższej, dookoła równiny. Trochę drzew iglastych. Na pierwszym planie duże drzewo, może być dąb. Taki co najmniej trzystuletni. Nie. Nie, tutaj wyżej nie, nie tak wysoko. No dobra, niech na razie będzie, może teraz jakąś drogę,  wchodzącą w głąb lasu.   Obok mnie wyświetla się paleta z tysiącem kolorów. Mogłoby być ich  więcej, gdybym chciała  i byłoby jeśli malowałabym   kopię obrazu. Bo wtedy, komputer zanurza swój czujnik laserowy w danym punkcie,  lub skanuje cały obraz. I  wychodzi  idealna – tak, dobrze mówię idealna kopia– W waszym wieku to nie było jeszcze możliwe, gadałam dalej do siebie. Każdy malarz widział inaczej kolory, nie było dostępnych tyle odcieni farb, również komputery i drukarki nie miały takiej synchronizacji. -Nie, Nie taka wąska droga! Bardziej piaszczysta. – krzyczałam głośno – choć mogłam wcale nie mówić – tylko prześlizgiwać…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Ale kura przeżyła (gorzej ze mną)

  Najpierw 3 tygodnie nie miałam w czym chodzić po ulicy, bo wydawało mi się, że przecież to wszystko przyda mi się na wyjeździe, więc nie mogę tego brudzić. Bo musiałabym wyprać, a na pewno bym nie zdążyła. Więc znajomi przyzwyczaili się, że biegałam w grubych swetrach przy 20 stopniach, krótkich spodenkach, kapciach z pomponikami i różnokolorowymi skarpetkami.. Samo pakowanie nie było takie złe. Po 8 godzinach już miałam zapakowane trzy 50 litowe plecaki, dwa śpiwory (bo może się przemoczyć), walizkę dla 4 osobowej rodziny, i parę naście worków foliowych. Skończyło się tym, że przyszła mama i został jeden mały plecaczek.. przecież tam będzie łóżko (to po co ja brałam śpiwory? A tak dla szpanu ;), a temperatura nie będzie się wahać od minus 50 do plus 40, tylko będzie około 20. No i jadę sama na 2 tygodnie.. SAMA! To właśnie to! Nie ma rodziców, żadnej opieki, tylko moja koleżanka ze swoim chłopakiem. Cudo.. Mieliśmy zaopiekować się domem cioci koleżanki. Bułka z masłem.. dopiero potem dowiedziałam się, że jeszcze z kotem w worku… Od przystanku autobusowego trzeba było się potwornie wspinać na górę.. znaczy się jakieś 2 minuty, ale dla kogoś takiego jak ja, z miasta, taka górka pod kątem 10 stopni, to dużo, prawda?   Dotarłam do domu. Zostałam poszczuta psem.. co prawda to ogolona kuleczka 20 na 20 cm, ale zęby to to miało niezłe.. to to wabi się.. Bobek… To to ma kompanów.. 3 indyki, rybki w oczku, 2 kury, 2 duże króliki i 4 małe.. czy o czymś zapomniałam? No i masa insektów. Fajnie. Przecież to wakacje. Wszystko można przetrzymać. Rodzinka na większości ścian ma dewocjonalia, kalendarze z Papieżem, nagrody za 3 miejsce lub wyróżnienie za konkurs ogródkowy w owej wsi i był nawet dyplomik za zdrowe zęby. Na środku kuchni.. Ale wszystko można przetrzymać……

Czytaj...
(fem)życie i historie

Sen o Mężczyźnie

No więc żyli sobie…, och… moje powieki… są coraz cięższe… No więc, ten mężczyzna… To był ciężki dzień… Firanka… Cień nocnej szafki… A za szafką?  Widzę go… tak! To on! Niesie jakieś drewienka? Chyba tak… Po co mu one? Nie znam się na tym… Może na opał? Wrzuci je do pieca i w domu będzie ciepło. Otwiera drzwi i wchodzi do izby oświetlonej słabym blaskiem świecy. Nad skrzynią z zimowymi sweterkami pochyla się ona. Czegoś szuka. Jeden sweterek, drugi… ten chyba należy do Krzysia? W sam raz dla czterolatka. Może byłby dobry na jutro? Ale może lepszy będzie ten cieplejszy z czerwonym samochodzikiem? A może ten z żyrafką? Nie, jednak samochodzik. Teraz coś dla Zosi… sweterek z kaczuszką? Sweterek w niezapominajki? Ten z kwiatkami to jej ulubiony, ale czy nie będzie jej w nim za zimno? Ogień zaszumiał w kominku, kiedy Mężczyzna dorzucił drew. Rozbłysnął miodową poświatą, aż zatańczyły radośnie wszystkie cienie przyczajone w zakamarkach izby. Krzyś uśmiechnął się przez sen, a Zosia zaśmiała się cicho na widok króliczka w czapeczce z grającym pomponikiem, który czmychnął figlarnie przez jej złocisty sen o stokrotkach. Za chwilę i oni położą się spać. I też będą śnić…  Och nie! Ktoś przyczaił się za oknem… To niemożliwe… Wiedźma jakaś upiorna… Zagląda… Przyszła po dzieci? A kysz! Zostaw je! Zostaw! Znów tu zagląda… Czegoś szuka przy fartuchu, teraz w kieszeni… Jakaś sakiewka, skórzany woreczek związany skrawkiem kosmatego sznurka. Co ona tam ma? Rozwiązała to… Nabrała czegoś ze środka… Na dwa palce… zacisnęła, może zgniotła…? Wreszcie rzuciła garścią trzeszczących kłótliwie iskier niezgody… wprost w Mężczyznę… Nie do wiary! Rzuciła na niego urok! Kysz! A kysz! Przewiało ją… Zniknęła… Zapadła się? Jedno jest pewne, wszystko popsuła! A dalej? Wiadomo, wszystko szło źle… Zbity wazon, dziura w dachu i jeszcze ta ostra rysa na lustrze.  Biedne dzieci… Co z nimi…

Czytaj...
(fem)życie i historie

Od anielicy do ladacznicy – kalejdoskop żon Henryka VIII

 Wszystko, co go otaczało – a w szczególności jego żony – było barwne i na swój sposób zachwycające. Bo i z wachlarza małżonek wielkiego władcy można wybierać i przebierać do woli. Intrygujące, upokarzane, czarujące i bogobojne, nie tylko te oddane, lecz także cudzołożnice. Każdy znalazłby coś dla siebie, lecz tylko Henryk mógł mieć je wszystkie. Obsesji niewinne początki Okres 38-letnich rządów króla żonobójcy jest tak interesujący nie z powodu ogromu władzy, którą Henryk dzierżył w swych rękach, lecz ze względu na pewne pragnienie, które zdeterminowało nie tylko to, jakim był władcą, lecz – przede wszystkim – jakim stał się człowiekiem. Pragnienie spłodzenia syna. W dążeniu do urzeczywistnienia tego marzenia Henryk był bezwzględny – gotów zapłacić każdą cenę za męskiego dziedzica. Tymczasem pierwszy związek króla nie zapowiadał obsesji. Katarzynę Aragońską, córę Hiszpanii i wdowę po swym bracie, Henryk poślubił, gdyż była ona dla Anglii gwarancją pokoju. Na dodatek, z całego stadka żon, jedynie Katarzyna była urodzoną królową. Przygotowywana do tej roli przez całe życie, do małżeństwa z Henrykiem wniosła wszystko, czego od monarchini można oczekiwać: przypieczętowanie sojuszu, znaczny posag oraz płodne łono. Pech chciał, że spośród zrodzonych z owego łona przeżyła jedynie Maria (zwana Krwawą, gdyż z sadystyczną rozkoszą paliła na stosach innowierców), która – będąc kobietą – nie spełniała oczekiwań Henryka. Poza tym przymioty Katarzyny nie mogły zrekompensować braku jednej, jakże ważnej, kobiecej cechy – namiętności. Nieoczekiwany zwrot akcji Z czasem, gdy Henryk coraz dotkliwiej odczuwał oziębłość królowej, a przelotne romanse przestały zadowalać zarówno jego męskie ego, jak i libido, Henryk zaczął rozglądać się za następczynią swej Pani. Lecz gdy jego wzrok spoczął na uroczej Annie Boleyn, nie mógł przypuszczać jak wysoką cenę przyjdzie mu zapłacić za ten miłosny podbój. Anna nie chciała być kolejną kochanką władcy – pragnęła zostać jego Królową, a w dążeniu do celu była tak zdecydowana…

Czytaj...